PS Jeśli się okaże się, że to beznadziejna grafomania to przestanę. ;)
***
Prolog
Na
egzekucję młodzi chłopcy przyszli wcześnie.
Było
jeszcze ciemno, kiedy pierwsi trzej czy czterej spośród nich wysunęli się z
szop, w swych filcowych łapciach stając cicho jak koty. Cienka warstwa śniegu
pokrywała skraj lasu jak świeża farba i ich ślady tę idealną biel splamiły jako
pierwsze. Przemykali pomiędzy stłoczonymi drzewami lasu, przebiegając dróżkami
zamrożonego błota w stronę ogniska rozpalonego na polanie.
Z
wielkiego ognia wydobywały się chmury cuchnącego dymu i płynęły w ich kierunku.
W blasku czerwonych płomieni można było dostrzec czarne kontury szubienic.
Dalej stały rozmaite narzędzia tortur, a obok pręgierza palił się mały ogień,
gdyby ktoś życzył sobie rozżarzonych szczypiec bądź miecza. Wielkie, mocne haki
do zawieszania na nich przestępców i inne wymyślne narzędzia tortur,
porozkładane wokół, sprawiały okropne wrażenie, ale przybyli wcale nie
wzdrygnęli się na ich widok.
Mieli
w pogardzie wszystko, co cenili starsi. Odrzucali piękno i drwili z dobroci.
Pokładali się ze śmiechu na widok kaleki, a kiedy dojrzeli ranne zwierzę,
kamieniowali je na śmierć. Przechwalali się ranami i bliznami, które obnosili z
wielką dumą, szczególnie zaś cenili wszelkie okaleczenia: chłopiec bez palca
mógłby zostać ich królem. Kochali przemoc: by obejrzeć walkę, przebywali całe
mile, a już nigdy nie przepuszczali wieszania.
Jeden
z wyrostków zakradł się pod szafot. Inny wspiął się po schodach, chwycił za
gardło i zaciskał palce, wykrzywiając twarz w ponurej parodii duszenia a
pozostali zachłystywali się z podziwu. Przez skraj lasu ujadając przebiegły dwa
psy. Jeden z młodszych chłopców wyjął jabłko i zaczął je jeść, jeden ze
starszych walnął go pięścią w nos i zabrał jabłko. Młodszy wyładował złość
rzucając ostrym kamieniem w psa, który skomląc pobiegł do domu. Potem nie było
nic do roboty, więc stłoczyli się na suchej ściółce leśnej, czekając, aż coś
zacznie się dziać.
Kolor
nieba z czarnego zmienił się w szary. Biedniejsi mieszkańcy Trondheim kuląc
głowy zakutani w ciężkie wełniane opończe, wychodzili przez niskie drzwi i
trzęsąc się z zimna schodzili do rzeki po wodę.
Wkrótce
na miejsce egzekucji, na skraju lasu odgradzającego Trondheim od reszty świata,
ściągnęła grupa młodzieńców, parobków, wyrobników i terminatorów. Szturchańcami
i kopniakami potraktowali chłopców, którzy znaleźli się tam jako pierwsi. Po
czym zaczęli przeciągać się, drapali się i pluli na ziemię z udawaną pewnością
siebie rozprawiając o śmierci przez powieszenie. Jeden z nich powiedział, że
jeśli skazany będzie miał szczęście, to kark mu trzaśnie od razu, jak tylko
zawiśnie, śmierć szybka i bezbolesna; a jeśli nie, to sczerwienieje na twarzy a
usta będą się otwierały i zamykały jak rybie wyjętej z wody dopóki nie zadławi
się na śmierć. Inny dodał, że takie umieranie zajmuje tyle czasu, co przebycie
mili, a trzeci rzekł, że może być jeszcze gorzej, bo on widział kiedyś
powieszonego, którego szyja w chwili śmierci była długa na stopę.
Stare kobiety
uformowały tłum po drugiej stronie polany, trzymając się jak najdalej od
młodzieńców, którzy mieli zwyczaj wywrzaskiwać pod adresem swych babek wulgarne
uwagi. Te stare kobiety zawsze wstawały wcześnie, nawet kiedy nie było już
dzieci i niemowląt do pilnowania, rozpalały ogień, a ich serca były otwarte i
gotowe do wzruszeń. Ich wszystkim znaną przywódczynią była pewna muskularna
wdowa po piwowarze, która dołączyła do grupy tocząc beczkę piwa z taką
łatwością, z jaką dziecko toczy kółko. Zanim zdjęła pokrywę, chętni z dzbankami
i kubkami zdążyli się zgromadzić. Co chwilę ludziska zadzierali głowy, jak ostrożne wróble popatrując na górujący nad lasem zamek. Widzieli dym unoszący się równo z zamkowej kuchni i od czasu do czasu błysk pochodni w otworach strzelniczych kamiennej wieży. Następnie mniej więcej w porze, kiedy słońce miało wstawać za grubą warstwą szarych chmur, otworzyły się potężne drewniane wrota i wyłonił się niewielki pochód ludzi. Jako pierwszy jechał na czarnym rumaku wójt, a za nim wiozący więźnia wóz zaprzężony w woły. Za wozem postępowali trzej jeźdźcy mnich, ksiądz i rycerz. Dwaj zbrojni zamykali pochód.
Wszyscy uczestniczyli w sądzie, który odbył się poprzedniego dnia w Trondheim. Skazaniec został oskarżony o praktykowanie czarnej magii, powiązania z przeklętą doliną Ludzi Lodu oraz kradzież kielicha wysadzanego kamieniami szlachetnymi. Ksiądz złapał złodzieja na gorącym uczynku, mnich rozpoznał srebrny kielich jako własność klasztoru, rycerz podał się za pana złodzieja i wskazał go jako zbiega, a wójt wydał na niego wyrok śmierci.
Podczas gdy powoli nadjeżdżali koło szubienicy zgromadziła się reszta mieszkańców miasta. Wśród najpóźniej przybyłych znajdowali się czołowi obywatele miasta: masarz, piekarz, trzech grabarzy, dwu kowali, płatnerz i wytwórca strzał, wszyscy z żonami.
Nastrój panował osobliwy. Zazwyczaj ludzi cieszyło wykonanie wyroku. Skazaniec zwykle był złodziejem, a skazana czarownicą, wszak nastał rok Pański 1576, polowania na czarownice były na porządku dziennym. Rzadko się jednak zdarzało, aby skazaniec był i jednym i drugim, a oni nienawidzili złodziei uczuciem ludzi pracujących w pocie czoła dla powiększenia swojego stanu posiadania. Ten złodziej był jednak inny. Nikt go nie znał, nie wiedziano kim jest i skąd pochodzi. Nie okradł nikogo z nich, tylko klasztor odległy o pięćdziesiąt mil. A przedmiotem kradzieży był zdobiony klejnotami kielich kościelny, którego wartość była tak wielka, że nie udałoby się go sprzedać. To nie była szynka, nowy nóż ani dobry pas, nie było to nic, czego strata mogłaby kogoś zaboleć. Nie mogli nienawidzić człowieka za tak bezsensowną zbrodnię. Jednak mogli nienawidzić za bycie czarownikiem i jak chętnie zdolni byli trwać w tym uczuciu.
Kiedy więzień wyjechał na plac szubienic, rozległo się kilka gwizdów i okrzyków, ale obelgi płynęły z głębi serca i nie tylko chłopcy z pewnym zapałem drwili ze skazańca.
Większość mieszkańców miasta nie oglądała procesu, bo dni sądowe nie były dniami wolnymi od pracy, a wszyscy musieli zarabiać na życie. Dopiero teraz widzieli złodzieja i czarownika po raz pierwszy. Był całkiem młody, gdzieś tak między dwudziestką a trzydziestką, przeciętnej budowy i średniego wzrostu, lecz wyglądał jakoś obco. Skórę miał białą jak śnieg na koronach drzew, jaskrawoniebieskie przenikliwe oczy, zaś jego włosy miały kolor węgla kamiennego. Panny uznały, że jest przystojny, staruchy obrzucały go wyzwiskami, a chłopcy na jego widok śmiali się tak, że aż tarzali się po ziemi.
Wójt był postacią znaną, ale tych trzech mężczyzn, którzy doprowadzili do skazania złodzieja, widzieli po raz pierwszy. Rycerz, mięsisty mąż o żółtych włosach, był najwidoczniej osobą ważną, bo jeździł na koniu bojowym, wielkim bydlęciu kosztującym tyle, ile wynosiły dziesięcioletnie zarobki cieśli. Mnich był znacznie starszy, miał lat pięćdziesiąt a może więcej, wysoki szczupły mężczyzna, który kołysał się w siodle, jakby życie było zbyt nużącym dla niego ciężarem. Ksiądz był postacią przykuwającą najwięcej uwagi: młody mężczyzna o ostrym nosie, ulizanych czarnych włosach, odziany w czarne suknie i jadący na kasztanowym ogierze. Miał czujny, groźny wygląd kota, który wywąchał gniazdo świeżo wylęgniętych myszy.
Mały chłopak tak wycelował, iż splunął na więźnia. Celny strzał: dokładnie między oczy. Więzień wykrzyknął przekleństwo i rzucił się na plującego, ale powstrzymały go liny przymocowane do boków wozu. Incydent ten nie byłby wart uwagi, gdyby nie to, że więzień wypowiedział swe słowa w normandzkim języku, języku panów. Czyżby zatem był wysoko urodzony? Czy tylko daleko od domu? Nikt nie wiedział.
Zaprzęg zatrzymał się pod szubienicą. Strażnik wspiął się na platformę wozu ze stryczkiem w ręku. Skazany próbował walczyć. Chłopcy wznieśli okrzyki – byliby rozczarowani, gdyby więzień zachował spokój. Jego ruchy były ograniczone linkami przywiązanymi do kostek i przegubów, ale wykręcał głowę w różne strony, uchylając się przed pętlą. Po chwili strażnik, człek silny, odstąpił krok i walnął skazańca pięścią w żołądek. Ten zgiął się wpół, a kiedy jął się prostować, strażnik zarzucił pętlę na jego szyję i zacisnął węzeł. Potem zeskoczył na ziemię, naciągnął linę i przywiązał jej drugi koniec do haka wbitego w belkę szubienicy. Gdyby więzień teraz zaczął walczyć, tylko przyspieszyłby swoją śmierć.
Zbrojni rozwiązali więźniowi nogi i z rękami związanymi z tyłu zostawili go stojącego samotnie na platformie wozu. W tłumie zapadła cisza. W takich chwilach często zdarzały się kłopoty: matka więźnia mogła zacząć krzyczeć, albo żona podejmowała desperacką próbę ratowania męża. Czasami więzień wzywał Boga prosząc o wybaczenie win, albo obrzucał oprawców krwawymi klątwami. Zbrojni obstawili wóz ze wszystkich stron na wszelki wypadek, gotowi do działania.
Wtedy więzień zaczął śpiewać.
Miał wysoki tenor, bardzo czysty. Słowa były francuskie, ale nawet ci, którzy nie znali tego języka mogli poznać po żałosnej melodii, że to smutna pieśń o rozstaniu.
Kiedy śpiewał, patrzył prosto na kogoś w tłumie. Stopniowo wokół tej osoby robiło się pusto i wszyscy mogli ją zobaczyć.
Była to szesnastoletnia dziewczyna. Patrząc na nią, ludzie z tłumu zastanawiali się, dlaczego wcześniej jej nie zauważyli. Miała długie czarne włosy, obfite i gęste, zbierające się u nasady wysokiego czoła, co ludzie nazywali diabelskim pazurem. Rysy jej były regularne, usta pełne o zmysłowym wyrazie. Staruchy zauważyły jej grubą talię i ciężkie piersi, odgadły, że jest w ciąży i domyśliły się, kto jest ojcem nie narodzonego jeszcze dziecka. Wszyscy natomiast zwrócili uwagę na jej oczy. Może nawet była ładna, ale miała głęboko osadzone, intensywnie patrzące oczy we wstrząsającym kolorze złota, tak jasne i przenikliwe, że kiedy spojrzała na człowieka, ten czuł, że patrzy mu prosto w serce i odwracał wzrok w obawie, iż odkryje wszystkie jego tajemnice. Okrywały ją łachmany, a łzy strumieniami płynęły po jej policzkach.
Woźnica patrzył wyczekująco na strażnika, ten zaś oczekiwał na znak wójta. Młody, ponury ksiądz wójta niecierpliwie łokciem, ale wójt nie zwracał uwagi. Pozwolił skazańcowi śpiewać dalej. Panowała przerażająca cisza, kiedy pieśń tajemniczego człowieka płynęła w dal.
Kiedy skazaniec skończył, wójt skinął głową. Strażnik krzyknął « hop ! » i smagnął liną bok woła. Woźnica w tej samej chwili uderzył woła z drugiej strony. Wół szarpnął wóz i skazaniec zawisł w powietrzu. Lina się naprężyła, kark pękł z trzaskiem.
Rozległ się przeraźliwy jęk i wszyscy spojrzeli na dziewczynę. Nie ona to jednak jęknęła, a stojąca za nią żona płatnerza. Przyczyną jednak była dziewczyna. Opadła na kolana przed szubienicą, wyciągnęła przed siebie ręce w geście klątwy. Ludzie odsuwali się w strachu. Wszyscy wiedzieli, że urok rzucany przez kobiety z Ludzi Lodu jest szczególnie skuteczny, a wszyscy podejrzewali, że w tym wieszaniu coś nie całkiem było w porządku. Chłopcy stali jak sparaliżowani.
Dziewczyna zwróciła swe hipnotyczne oczy na trzech obcych. Potem dźwięcznym głosem wypowiedziała straszne słowa.
- Przeklinam was chorobą i smutkiem, głodem i boleścią ; wasze domy zostaną pożarte przez ogień, a wasze dzieci pomrą na szubienicy ; wasi wrogowie będą żyli w dostatku, a wy będziecie się starzeć w smutku i opuszczeniu, a umrzecie w głupocie i męczarniach...
Kiedy mówiła ostatnie słowa, sięgnęła po worek leżący za nią na ziemi, otworzyła go, a ze środka wyleciało stado czarnych motyli. Wszystkie poszybowały w stronę wisielca, osiadając na nim, a później odleciały. Wszyscy wpatrywali się oniemiali w dziewczynę, ale ona zdawała się niczego nie zauważać. Tak jakby to nie pod jej wpływem te motyle wyleciały z wora. Kolejny raz sięgnęła do środka i wyjęła żywego koguta. W jej ręku nie wiadomo skąd pojawił się nóż, jednym pociągnięciem obcięła kogutowi łeb.
Krew jeszcze ciekła z obciętej szyi, gdy pozbawionego głowy koguta dziewczyna cisnęła w czarnowłosego księdza. Rzut był za słaby, ale księdza, mnicha i rycerza, którzy stali obok siebie, spryskała krew. Trzej mężczyźni odwrócili się z odrazą, krew jednak dosięgła każdego z nich, plamiąc twarze i szaty.
Dziewczyna odwróciła się i uciekła.
Tłum rozstąpił się przed nią, a potem zniknął. Na chwilę zapanowało wielkie zamieszanie. Wreszcie wójtowi udało się przeciągnąć uwagę zbrojnych i ze złością rozkazać ścigać dziewczynę. Zaczęli przedzierać się przez tłum, szorstko rozpychając mężczyzn, kobiety i dzieci, by zrobić sobie drogę, ale dziewczyny nie było już w zasięgu wzroku. Szeryf nakazał kontynuowanie pościgu, ale wiedział, że jej nie znajdzie. Odwrócił się poirytowany. Rycerz, mnich i ksiądz nie patrzyli na ucieczkę dziewczyny i pościg za nią. Ich uwagę przykuwała szubienica. Martwy czarnoksiężnik wisiał na stryczku, jego blada twarz zaczynała sinieć, podczas gdy pod jego lekko kołyszącym się ciałem kogut, bez głowy, ale nie pozbawiony życia, biegał oszalałymi kółkami po spryskanym krwią śniegu.
Werutek.